poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Reginald Hill "Dalziel & Pascoe - Ścięte głowy"


Dawno nic się tutaj nie pojawiło ale czas trochę odkurzać. Nie miałam też ostatnio zbytnio czasu na czytanie ale wpadł mi w ręce ten niepozorny kryminał, więc postanowiłam przy okazji zamieścić krótką recenzję.

Patrick Aldermann ma wszystko. Piękną żonę, wspaniałą posiadłość, udane życie, dobrą posadę oraz, a raczej przede wszystkim ogród z różami, które są jego pasją, graniczącą z obsesją. Można rzec, że jego życie jest dosłownie usłane różami, gdyż wszystkie przeszkody, a raczej ludzie stojący mu na drodze, znikają w dziwnych okolicznościach. Czy jest to tylko przypadek lub kwestia szczęścia? A może na wzór docinania mniej dorodnych kwiatów, aby zrobić miejsce do wzrostu bujniejszym, poświęca życie innych dla swojej korzyści?



Książka ta należy do cyklu Dalziel & Pascoe o którym przyznam się, że nigdy nie słyszałam. Do sięgnięcia po tę lekturę nie skusił mnie opis, ani nazwisko autora, lecz atrakcyjna cena, tak więc był to strzał zupełnie w ciemno ale czy w dziesiątkę? Jest to powieść dość zgrabnie napisana, przypominająca mi nieco stylem Joy Fielding, która słynie z kryminału obyczajowego. Tutaj jednak na widelcu mamy nie USA, lecz angielską wieś końca lat 70-tych. Przyznać muszę, że jednak styl Fielding o wiele bardziej pasuje mi w tym przypadku, jestem raczej zawiedziona tą książką. Przyznam, że nie mam zbytnio ochoty rozpisywać się o samej fabule, skupię się natomiast na wrażeniach. Co rzuciło mi się w oczy? Najbardziej to, że od samego początku jesteśmy bombardowani nazwiskami wszelkich komisarzy, sierżantów itd. Przyznam, że nawet w połowie czasem myliły mi się ich postacie i nazwiska, były nieco mało wyraziste i zbyt mało autor im poświęcał uwagi. Szczególnie dziwi mnie wybranie do tytułu postaci Dalziela i Pascoe, którzy byli chyba najmniej charakterystycznymi i wartymi uwagi bohaterami. Byli mi równie obojętni jak zeszłoroczny śnieg i zupełnie nie rozumiem nazwania serii ich nazwiskami, chyba że taki był właśnie zamysł autora, aby tymi bohaterami byli w końcu zwykli faceci, policjanci, a nie super inteligentni, przystojni ekscentrycy o przebiegłości lisa. Tym nie mniej to mnie bardzo zawiodło, że główne postacie były takie, jakby ich nie było w ogóle. Co do samego Patricka Aldermanna, to cała akcja dzieje się jakby obok niego i przez pryzmat innych osób wokół niego. Mamy tutaj wiele rozmów, wiele retrospekcji, powolne odkrywanie nowych faktów.

Dalsza część może być spoilerem, tak więc osoby, które mają zamiar to czytać proszone są o zamknięcie oczu ale wprost nie mogłam się powstrzymać od wyrzucenia z siebie tego co mi nie pasowało, a trochę sę tego uzbierało. Irytowało mnie bardzo niedociąganie wątków do końca, czasem pojawiała się nagle dość bardzo interesująca informacja, jak choćby ta, że ojcem Patricka był wujek jego matki, po czym nie jest to wykorzystane w żadnym najmniejszym stopniu. To, że na samym początku, mamy dość jasno przedstawiony moment w którym Patrick zabija swoją ciotkę nożem, po czym nie jest ten motyw już nigdy poruszany, a sposób jej śmierci przemilczany, pomimo szeroko zakrojonego śledztwa mającego na celu obciążenie Aldermanna. Irytujących jest wiele takich kruczków i niejasności, które nie są do przejścia dla myślącego czytelnika. Najbardziej zmarnowany potencjał jak dla mnie to możliwość, aby prawdziwym zabójcą była żona Patricka, która świętsza od papieża, też wiele na jego zabójstwach zyskała. Przez pewien moment nawet myślałam, że tak będzie ale niestety, nie było żadnego zaskoczenia. No i to zaskoczenie. Z pewnością zaskakujące jak na kryminał bo tak i o to nie mamy skazanego. Nie mamy dowodów, nie mamy nic. I o ile byłoby to przeprowadzone w dość inteligentny sposób, a jego zbrodnie opisane, to mogłabym się z tą wersją zgodzić, jednak tutaj mamy takiego bohatera znikąd. Nagle na końcu mamy potwierdzenie, że to on, krótka wzmianka o ostatnim mordzie i to by było na tyle. Nie trzymało się to kupy według mnie, a filozofie i wplatanie "różanej" ideologii do tego, jest raczej śmieszne, niż trafne. Taki Hitchcock dla ubogich. Niestety to jedna z gorszych książek jakie czytałam i doprawdy dziwi mnie popularność tej serii, jeżeli reszta tytułów jest na podobnym poziomie. Ale może takie czasy nastały, że teraz za bohaterów mogą robić niezbyt rozgarnięci gliniarze i nawet taka naciągana historyjka, może zostać podciągnięta pod coś kultowego.

Ocena końcowa:
3/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz